wtorek, 22 marca 2011

Viva la Pasta! Con spinaci e gorgonzola? Si! Penne? Rigatoni?

Milano, Milan, Mediolan. Miasto kojarzone z modą, włoską precyzją mistrzów i rzemieślników. Montenapoleone i Spiga, gdzie spotykają się butiki Fendiego, Gucciego, Armatniego, Ferragamo, Valentino, Prada i innych większych i mniejszych kreatorów mody. Dla niektórych będzie to miasto piłki nożnej, bo każdy fan tej dyscypliny sportu zna AC Milan i Inter Mediolan. A nazwa stadionu San Siro kojarzy się jednoznacznie z światowej klasy futbolem. Wielbicielom muzyki klasycznej nieodmiennie kojarzyć się będzie z Teatro alla Scalą, najsławniejszą sceną operową świata.
Dla mnie Mediolan ma wymiar kulinarny. Nie tylko dzięki risotto alla Milanese, panettone, osso buco czy minestrone. Nawet nie dzięki Gorgonzoli. To połączenie wyżej wymienionych z najważniejszą kolacją świata. Chrześcijańskiego świata. Uwiecznioną przez Leonardo da Vinci „Ostatnią wieczerzą”, znajdującą się na ścianie refektarza kościoła Santa Maria delle Grazie.

Na placu przed niepozornym budynkiem wcześniej wspomnianej opery stoi pomnik Leonarda da Vinci, który przez 18 lat mieszkał i tworzył na dworze Ludovico Sforzy (od 1482 r). Pasjonująca postać. Geniusz, który inspiruje i intryguje i inspirować i intrygować będzie do końca świata i pewnie o jeden dzień dłużej. „Ostatnia wieczerza” namalowana w eksperymentalnej technice tempery i farby olejnej miała duże trudności, aby „przeżyć” do dziś. Nowatorska technika okazała się nie wypałem. Koleje losu, zawiłe i nieprzyjazne, nie zniszczyły jednak tego dzieła. Stojąc przed nim, zaczynam zastanawiać się. Dzieło sztuki. Te największe są największe nie, dlatego że ktoś tak napisał czy powiedział. Są takie gdyż w bezpośrednim kontakcie z nimi odczuwamy coś szczególnego. Niezapomnianego przeżycia nie tylko na poziomie estetycznym, ale duchowym czy wręcz mistycznym. Katharsis. „Ostatnia Wieczerza" Leonardo da Vinci taka właśnie jest. Symetria, harmonia, idealne wyważenie. Ekspresja emocji. Realistyczna i niepokojąca. Nie odpowiada na pytania, ale generuje następne. Jest dzień a to wieczerza. Stół nie zastawiony jedzeniem. A powinny tam być typowe potrawy: jagnięcina, maca, wino. Sam Jezus nie ma kielicha. Kolejne pokolenia badaczy i pisarzy poszukują i dedukują. Wychodzę na otumanione palące słońcem ulice. Mediolan taki jest. Duszny i gorący latem. Mokry i przygasły zimą. Dobiega mnie melodia miasta. Szum samochodów, gwar ludzi, śmiech dzieci, zapach kawy robionej na dziesiątki włoskich sposobów. Czuję też głód. A na ten fizyczny jest tylko jedno rozwiązanie. W Mediolanie, penne lub rigatoni con spinaci e Gorgonzola.

Do tego sosu pasują oba rodzaje. Penne czyli pióra -rurki w kształcie uciętej ukośnie końcówki pióra lub Rigatoni, grube karbowane rurki. Biorę, więc łyżkę dobrej oliwy na patelnię i szklę na niej 3 ząbki czosnku oraz 1 małą cebulę. Gotuję wodę na makaron. Następnie wrzucam na patelnie liście młodego szpinaku. Trzy pełne garście i duszę przez 3 minuty aż liście stracą na „sztywność”. Do gotującej się osolonej wody wrzucam pasta. Na patelnię z odparowanym szpinakiem na bardzo małym ogniu wlewam ok. szklanki śmietanki kremówki 30% oraz dodaję 3 łyżki świeżego masła. Dodaję pokruszoną Gorgonzolę, ok. 150 g i delikatnie mieszam. Odlewam pasta al. dente i do garnka wlewam sos. Delikatnie mieszam. Na talerzu doprawiam świeżo zmielonym czarnym pieprzem ten delikatny sos ze śmietanki, szpinaku i sera. I zostaje mi zawołać rodzinę „mangiare”. Mój Ukochany otwiera butelkę upolowanego w dobrej cenie chardonnay a ja zastanawiam się obrazoburczo, czy zmieniłyby się koleje świata, gdyby na ostatniej wieczerzy podano penne con spinaci e Gorgonzola…..

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz