wtorek, 29 czerwca 2010

Magiczna Irlandia - Klify Moheru czyli tam gdzie spadają anioły


8 kilometrów ostrych, wręcz mitycznych i wysokich do 214 metrów skał. Klify Moheru. Dla jednych mogą być przereklamowane, dla innych za mało komercyjne. Mnie wbiły w ziemię. Miałam to szczęście, że potraktowały mnie przyjaźnie. Brak mgły i deszczu pozwolił mi na obejrzenie jednego z najbardziej nostalgicznych widoków mojego życia. Pierwsze skojarzenie gdy dojeżdżaliśmy tam o 6 rano to anioły. Dokładnie miejsce gdzie anioły spadają z nieba. Nie na ziemię ale wprost do wody. Na skały. Chodnikiem wzdłóż klifów można przejść bezpiecznie cały szlak. Można też omijając zabezpieczenia zażartować sobie z życia. Można, nie trzeba. W jednym z takich miejsc na niecałą minutę miałam potrzebę rozłożenia skrzydeł. Zapierająca dech w piersiach pociągająca idea Ikara...Potęgowana przez wiatr i setki ptaków latajacych pod, przed i nad nami.... O tej porze nie było turystycznego tłoku, więc odczucia były jeszcze bardziej mocne a otaczające emocje wyraźne. Otumanionych jak owce przewodniczka Máire (Maryśka po naszemu) zaprowadziła do "Last Restaurant Before America". Ta ostatnia restauracja przed Ameryką to "Magnetic Music" ze świetnymi śniadaniami, istniejąca od 1998 roku. Śniadania mają rzeczywiście dobre, chyba że na ocenę wpływa głód po wrażeniach z klifów. Menu bardzo "surowe" ale wszystkie produkty są lokalne.

Potem już w Galway zrobiwszy rundkę po polecanych pubach doszłam do wniosku, że choć wizualnie najbardziej odpowiada mi McSwiggans, nie daleko od Eyre Square. To jednak najlepsze jedzenie i piwo oraz admosferę na Kelly's i Taaffes. Ten ostatni jest jednym z bardziej znanych barów w Galway. Jak sądzę z uwagi na lokalizacje w samym sercu miasta na Shop Street i fakt, że działają od .. ponad 150 lat. Można się w tym okresie dorobić stałych klientów, nie sądzicie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz