środa, 30 czerwca 2010

Magiczna Irlandia - Temple Bar



Barra Teampaill czyli Temple Bar to nie jedno miejsce tylko "dzielnica" w Dublinie. Dzielnica z zachowanym jeszcze od czasów średniowiecza układem ulic. Brukowanymi, wąskimi uliczkami wśród mniej lub bardziej urokliwych kamieniczek można przemykać prawie niezauważanie. Niezauważenie bo w tłumie łatwo się zgubić. A tutaj tłum jest niemożliwy do ogarnięcia prawie zawsze. Temple Bar nazywany jest co prawda "kulturalną dzielnicą miasta" ale bardziej to centrum życia nocnego stolicy. No i mekka turystów. Jest w tej komercji i modzie coś wymyka się stereotypowi i pozwala odkryć uroki tego miejsca.

Moje ulubione adresy w tym miejscu to między innymi położony w samym sercu dzielnicy Auld Dubliner. Miejsce kipiące energią i pękające "w szwach" całą noc. Rownież VAT House Bar, którego nazwa pochodzi od podatku VAT (!) a który ma świetne tradycyjne dania kuchni irlandzkiej. A także niezłą selekcję whisky irlandzkiej i szkockiej. Zresztą w lokalu mają z VAT-em związane też ... podłogi, które odrestaurowano z oryginalnego domu podatkowego w St James Gate Brewery. Klasyczny Fitzgeralds Pub budzi pozytywne skojarzenia w typie wiktoriańskim: wygodne, stylowe i porządne miejsce. Oczywiście jest lokal pod nazwą: Temple Bar, regularny zwycięzca w plebiscytach na najlepszy pub dzielnicy w 2002 do 2006 bez 2005 (jak mi się zdaje). To takie miejsce, które może lub nie się podobać ale do którego zajrzeć trzeba. Podobnie warto zajrzeć do założonego w 1923 roku, Palace Bar, jednego z najstarszych pubów w Dublinie. Skromny, niepozorny wydawałoby się wprost z kart powieści James'a Joyce'a. A do tego przepyszne świeże kanapki. Warto zajrzeć jeszcze w dwa miejsca: Porterhouse, gdzie warzą własne piwo (8 lub 9 gatunków). Ich zwykły porter, wielokrotnie nagradzany wart jest dwóch kufli testowania. Mnie osobiście bardzo podobał się lokal przy Sycamore Street o znaczącej nazwie Eden. Elegancki, minimalistyczny, z tarasem na plac Meeting House i świetnym żarciem.

Gro Dubliners, uważa pub za zalążek irlandzkiego społeczeństwa. Mam wrażenie, że tak właśnie jest bo obojętnie z jakiej okazji rodzinnej, lokalnej, politycznej czy sportowej ludzie spotykają się w pubach. A ja krążąc z egzemplarzem Ulissesa pod pachą odkrywałam skrawki warte zapamiętania.

wtorek, 29 czerwca 2010

Magiczna Irlandia - Klify Moheru czyli tam gdzie spadają anioły


8 kilometrów ostrych, wręcz mitycznych i wysokich do 214 metrów skał. Klify Moheru. Dla jednych mogą być przereklamowane, dla innych za mało komercyjne. Mnie wbiły w ziemię. Miałam to szczęście, że potraktowały mnie przyjaźnie. Brak mgły i deszczu pozwolił mi na obejrzenie jednego z najbardziej nostalgicznych widoków mojego życia. Pierwsze skojarzenie gdy dojeżdżaliśmy tam o 6 rano to anioły. Dokładnie miejsce gdzie anioły spadają z nieba. Nie na ziemię ale wprost do wody. Na skały. Chodnikiem wzdłóż klifów można przejść bezpiecznie cały szlak. Można też omijając zabezpieczenia zażartować sobie z życia. Można, nie trzeba. W jednym z takich miejsc na niecałą minutę miałam potrzebę rozłożenia skrzydeł. Zapierająca dech w piersiach pociągająca idea Ikara...Potęgowana przez wiatr i setki ptaków latajacych pod, przed i nad nami.... O tej porze nie było turystycznego tłoku, więc odczucia były jeszcze bardziej mocne a otaczające emocje wyraźne. Otumanionych jak owce przewodniczka Máire (Maryśka po naszemu) zaprowadziła do "Last Restaurant Before America". Ta ostatnia restauracja przed Ameryką to "Magnetic Music" ze świetnymi śniadaniami, istniejąca od 1998 roku. Śniadania mają rzeczywiście dobre, chyba że na ocenę wpływa głód po wrażeniach z klifów. Menu bardzo "surowe" ale wszystkie produkty są lokalne.

Potem już w Galway zrobiwszy rundkę po polecanych pubach doszłam do wniosku, że choć wizualnie najbardziej odpowiada mi McSwiggans, nie daleko od Eyre Square. To jednak najlepsze jedzenie i piwo oraz admosferę na Kelly's i Taaffes. Ten ostatni jest jednym z bardziej znanych barów w Galway. Jak sądzę z uwagi na lokalizacje w samym sercu miasta na Shop Street i fakt, że działają od .. ponad 150 lat. Można się w tym okresie dorobić stałych klientów, nie sądzicie?

niedziela, 27 czerwca 2010

Magiczna Irlandia - Howth



Opowiesć pierwsza o "O fish and chips w gazecie na przedmieściach Dublina"

Z Dublina do Howth dojeżdżamy z moją chorwacką koleżanką o uroczym imieniu Tihana w
mniej więcej pół godziny. Trudno się dziwić, bo polożone jest zaledwie 16 kilometrów od stolicy a przejazd wygodną podmiejską kolejką DART to czysta przyjemnosć. Irlandia ma urokliwie polożoną stolicę i w pobliżu Dublina mozna zwiedzić ciekawe miejsca.
Jazda do Howth dostarcza emocji. Tory momentami są tak blisko krawędzi klifów, że ma się wrażenie sunięcia po chmurach, tuż nad taflą wody. "Lądujemy" na ponad 150 letnim dworcu, którego architektura nastraja nas pozytywnie. "Będzie nam się tu podobać" - stwierdza moje towarzyszka. Tihana jest doskonalym przykladem jak imię wplywa na osobowosć. Bardzo zrównoważona i spokojna jak na chorwatkę co sama ze smiechem przyznaje. Mamy w planach Cliff Walk i fish&chips. To pierwsze dostarcza niesamowitych wrażeń. Wspinaczka raczej niż wędrówka po klifach przypomina wszystkie pozycje z literatury opisujące irlandzkie urwiska. Dopiero na szczycie potrafię w pełni pojąć siłę poezji Yeats'a. Tu można wykrzyczeć jego "He Wishes for the Cloths of Heaven" (Poeta pragnie szaty niebios)a zamiast krzyku wyjdzie nam szept....

Had I the heavens' embroidered cloths,- Gdybym miał niebios wyszywaną szatę
Enwrought with golden and silver light, - Z nici złotego i srebrnego światła,
The blue and the dim and the dark cloths - Ciemną i bladą, i błękitną szatę
Of night and light and the half-light, - Ze światła, mroku, półmroku, półświatła,
I would spread the cloths under your feet:- Rozpostarłbym ci tę szatę pod stopy,
But I, being poor, have only my dreams;-Lecz biedny jestem: me skarby - w marzeniach,
I have spread my dreams under your feet;- Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy;
Tread softly because you tread on my dreams.-Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach.

Głodne jak stado wilków, a na pewno jak dwa wilki schodzimy w kierunku miasteczka po kilku godzinnej wyprawie. Marzy mi się porządnie zimny Guinness i polecane jedzenie w Beshoff Bros Fish and Chips. Mam szczęście, że Chorwatka (mimo nienagannej sylwetki) jest tak samo gastroobsesyjna jak ja. Już na dwa dni przed planowaną wycieczką robimy analizę kulinarno-topograficzną i wywiad środowiskowy. Wszyscy zapytani kierują nas w jedno miejsce do Beshoff Bros Fish and Chips. Bez dyskusyjnie bo "serving traditional style fresh fish and chips". Lokal położony jest vis a vis portu w Howth i tam właśnie prowadzone 7(zaawansowany zołądkowy) zmysłem trafiamy. Wnętrze bezpretensjonalne z typową wyspiarską atmosferą. Lokal otworzony w 1914 roku należy aktualnie do najważniejszych rybnych miejsc kulinarnych w Dublinie i okolicach. Ryby kupowane są wprost od rybaków z sąsiedztwa, frytki cięte a nie przetwarzane z purre i smażone na oleju arachidowym (!) i do tego dodatek rewelacyjnego octu słodowego (chyba tak to powinnam nazwać). Perfekcja prostoty polega na najwyższej jakości i świeżości produktów. Kto nazwie to "fast food" jest kretynem. Siadamy na murku z widokiem na port jachtowy. Jest dość chłodno, ale już zdążyłam przywyknąć do irlandzkiej pogody. Tihana niestety ciągle zziębnięta, ale trudno się dziwić jest "z południa". Jedzenie jest fantastyczne. Jemy ryby których nazw w językach ojczystych nie jesteśmy pewne. Jedyny znany z nazwy dorsz wzbudza mój zachwyt, smakuje diametralnie inaczej niż to co znam. Chorwatka, której ryby są stałą pozycją w menu jest równie zadowolona jak ja. Smak ryb z morza Irlandzkiego jest bardziej "klarowny" i "jednosmakowy", jak próbuje to nazwać. Chyba wiem o co jej chodzi. Ja też czuję każdym kęsem to "zimne morze" i delikatną jednowymiarowość rybiego mięsa.
Pobyt w Howth zostawia w nas niezatarte wrażenia. Zostaje teraz zdecydować gdzie idziemy na piwo...

sobota, 26 czerwca 2010

Moje ulubione miejsca w Warszawie

Magiczna jest kładka nad Górnośląską bo przypomina mi dzieciństwo.
Ulica Bednarska i wejście na Mariensztat potrafi zachwycić.
Urokliwa kawiarnia-herbaciarnia "To lubię" na Freta 10, czyli w wieży przy kościele Św. Jacka.
Nad wyraz magiczna (mimo parkujacych tam samochodów) jest ulica Kozia. Zawsze gdy nią idę przypominają mi się wiersze Skamandrytów. Jest malownicza, urokliwa i przejście nią wypełnia mnie pozytywnymi wibracjami.
Nie zapominam o BUWie - ogród na dachu biblioteki uniwersyteckiej i majowe szaleństwo bzów i magnolii.
Saska Kępa to Misianka w parku Skaryszewskim i spacer Francuską (ale wieczorem gdy nie ma ruchu albo latem)
Arkady Kubickiego, stylowe, kojące i dla mnie bardzo inspirujące i wizyta w Piątej Ćwiartce.

To pierwsze, które mi wpadły na mysl...
Koniecznie odwiedziny w : http://fotoplastikonwarszawski.pl/

wtorek, 22 czerwca 2010

Kulinarna Warszawa - moda na picie wina

Moje ulubione "winne" miejsce właściwie "dojrzewa". Moją ulubioną winiarnią jest Mielżyński. Ale równie chętnie wpadam do Enoteki i Vinares.

U Mielżyńskiego jest odpowiedni klimat. Cudowne otoczenie w postaci urokliwego terenu XIX wiecznej fabryki koronek i prosty ale przyjazny wystrój wnętrza. Do wina podchodzę bardzo impulsywnie. Marketingowo nazwałabym to autorskim wyborem, ale ponieważ w Chinach powiada się, że "wino jest odkrywcą sekretów" zdradzę wam, że decyzję podejmuję bardzo infantylnie. Nie przeszkadzają mi pseudo-koneserzy i lansiarze, rozglądający się po znanych twarzach. Większości ja i tak nie znam tak jak oni mnie, więc możemy w spokoju ducha oddać się płynnej kontemplacji. Hiszpanie powiadają, że "przyjaciele powinni być starzy – wina także", ja więc udaję się tu tylko w wyselekcjonowanym gronie ludzi, bez których nie chciałabym istnieć.

Enoteka jest ogromna, zajmuje przestrzenne piwnice aż ma się obawy czy nie czai się gdzieś bazyliszek... Wnętrze powiedziałabym ... klarowne. Proste i ujmujące. Mnie taka koncepcja winiarni bardzo odpowiada. Umiejscowienie na osi Starówka-Pl.Bankowy na nostalgicznej ulicy Długiej jest doskonałą lokalizacją na winiarnię. Nie zawsze jednak jest dostatecznie dobry wybór win poniżej 70 zł. Ratują się doskonałym talerzem zakąsek a ich parmezan.... niebo.

Vinares ma również dobry adres. Olśniewająca ulica Bednarska. Lokalizacja wprost idealna: do wina i romantycznych spacerów. Stonowana i stylowa. Sam lokal świetnie ulokowany, ale wnętrze tworzy we mnie jakieś dziwne zgrzyty. Tak w pierwszym wrażeniu potem to wszystko układa się w jedną całość. Nowoczesność mebli i barokowe freski. Najważniejsze jednak to świetna selekcja win na bardzo różnych poziomach cenowych.

piątek, 18 czerwca 2010

Viva la Pasta! Papardelle con quattro formaggi



Kierunek najbliższej wyprawy to: Valle d'Aosta. Najmniejszy region Wloch na granicy z Austrią i Szwajcarią ale jakiej granicy. Prawdziwie imponującej bo przebiegającej na szczytach Alp. Nie łatwo jest zjeść tu pasta bo to prawdziwie nie makaronowy region. Polenta? Si! Risotto? Si! A pasta? Poszukamy...

Jadąc przez Valle d'Aosta mijamy mnóstwo "rzemieślniczych" mleczarni i niezliczone pastwiska pełne sympatycznych "muciek". Większość ich mleka wykorzystywana jest do produkcji fontiny. Pysznego, maślano-orzechowego sera. I tak od 7 wieków. To robi wrażenie. W zimie większość ludzi wpada tu na narty do Courmayeur czy Cervinii lub Champoluc. My jednak postanowiliśmy zobaczyć jak wygląda codzienność o innej porze roku. Krajobrazy, wioski, miasteczka bardziej przypominają sąsiadów niż to co utożsamiamy z półwyspem Apenińskim. Nie jest to typowa Bella Itala, ale mimo to widoki są wspaniałe. Zwiedzamy niesamowity Park Narodowy Gran Paradiso. Od 1922 roku gdy król Wiktor Emmanuel II przekazał te tereny dla "dobra ogółu" dzięki czemu powstał mały lokalny raj. Orły, kozice i 70 bajkowych zamków.

Wpadamy do małej winiarni po dobre wino z najwyższym winnic w Europie. Kupujemy Nus Rouge i Torrette. Rozkładamy się przy schronisku. Słońce jest mocne ale wiatr też potrafi zauroczyć mroźnym dotykiem. Przygotowuję Papardelle con quattro formaggi. Zastanawiałam się nad Pasticcio di penne alla Valdostana ale ostatecznie wybrałam przepis z czterema serami. "Opcja" z penne to pokrojone w cienkie plasterki grzyby, najczęściej pieczarki, kremowy ser Fontina i makaron. Proste i pożywne w górskim klimacie.

Parpadelle con quattro formaggi

Do rondla o grubym dnie wkładam masło - 2 łyżki i stawiam na bardzo małym "ogniu" następnie dorzucam pokrojone w kostkę 10 dkg. mozarelli, 5 dkg. gorgonzoli, 2 dkg. fontiny i 4 g. świeżo startego pecorino. Dodaję kieliszek białego wina i dosmaczam gałką muszkatołową (ok. 2 szczypty) i białym pieprzem (podobnie). Wstawiam wodę na makaron i gdy się zagotuję dodaję 1/2 łyżeczki oliwy a następnie wrzucam ok. połowy opakowania makaronu parpadelle . Po 6 minutach odlewam i mieszam z sosem w rondlu.

Przekładam do miseczek i daję mojej rodzinie. Siadamy na ławkach i jedząc rozkoszujemy się widokami. Nic dodać, nic ująć.

czwartek, 17 czerwca 2010

Kulinarna Warszawa - Bella Italia ?

Kuchnia wloska ma - moge sie zalozyc - najwieksza reprezentacje w postacji restauracji, barów, lunchowni, ect nie tylko w Warszawie ale i na Świecie. Lubie wloskie klimaty w kuchni i dosc duzo czasu zajelo mi znalezienie najlepszej z mozliwych restauracji wloskich w moim rodzinnym mieście.

We włoskich restauracjach lubię typ lokalu - rodzinnej jadłodajni bardziej niż ekskluzywnego miejsca dla biznesmenów. Taką wlaśnie jest Piccola Italia. Poprostu portal w "czasoprzestrzeni", lokal mieści się w post-peerlowskim budynku a magicznym otwarciem drzwi trafiasz do Wloch. Pasują mi smaki, składniki, zapach potraw. Do tego znany mi z rodzinnych trattorii klimat wnętrza. Przepadam za ich ravioli (z serem gorgonzola, włoskimi orzechami, masłem i szałwia) i penne (z łososiem i włoskimi orzechami). Sprawdzone w każdej sytuacji i zawsze dobre to dla mnie spaghetti alla puttanesca oraz tagliatelle szpinakowe w sosie z 4 serów. Mimo, że jestem pasta-żercą to przyznaję, że mają dobrą selekcję dań głównych. Polędwica wołowa w sosie z zielonego pieprzu pyszna. A polędwicą wieprzową w sosie porto z orzechami włoskimi hm...rewelacja?

Dobry "włoskim" adresem jest też Il Caminetto na Saskiej Kępie. Tu podobnie wchodzi się do post-prl-owskiego budynku (chyba) po paskudnych schodach wprost do klimatycznego wnętrza we włoskim stylu, z kominkiem (bonus na zimne dni:). Mają świetne pasta własnej roboty jak choćby te z ricottą i szpinakiem w sosie pomidorowym z bazylią. Doskonałe warzywa z grilla w oliwie. Lokal ma reprezentować kuchnię Umbrii, ale jest tu dużo propozycji z całych środkowych Włoch. Typowo umbryjskie pasta z ragu fenomenalne. 'Antipasti di Mare' to świetna propozycja bo spora ilość owoców morza wyjętych w aromatycznej oliwie. Przepyszne 'Ravioloni Tartufati', dla truflowych smaków warto się na nie skusić.

Nie mogę nie wspomnieć o Chianti z ulicy Foksal. Lokalizacja w centrum centrum i kulturalnie i gastronomicznie. Wnętrze jest przesiąknięte "włoszczyzną", bardzo miła i nieprzypadkowa obsługa, ogromne grono stałych bywalców i dobra, choć niewybitna kuchnia. Ale czy my idziemy do raju czy coś zjeść??? No właśnie! Bezdyskusyjnie dobre Vitello Tonnato i pasta fresca. Perfekcyjna saltimbocca i doskonałe kotlety cielęce z gorgonzolą i mozzarellą udekorowane ugotowanymi na twardo szparagami. Pewniak gdy chcemy kogoś zaprosić na eleganckie ale nie nabzdyczone wyjście z Italią w tle.

Mam w planach wypad do Oregano Odcienie Smaku Restauracja ~ Dom, bo slyszalam o niej duzo dobrych rzeczy. Musze tez zawitac do Boathouse, aby sprawdzić czy zmienila sie od mojego ostatniego pobytu przeszlo dwa lata temu!

sobota, 12 czerwca 2010

Viva la Pasta! Aglio e Olio di Abruzzo


Aglio e Olio to tradycyjne włoskie danie rustica cucina. To jeden z tych prostych, rzecz by można prostackich (ale tak powiedział by tylko ostatni cymbał) przepisów dzięki którym człowiek rozumie sens życia w braku skomplikowania. Trochę to ups...zakręciłam. Dla mnie to przykład idealny wyższości kuchni włoskiej nad francuską. Dla mnie! Podkreslam i nie chcę tu dyskutować o moim światopoglądzie kulinarnym. Nie tutaj i nie teraz. Jeszcze...

Jedziemy w kiedunku najlepszych wytwórni win w okolicy. Bo pierwsze skojarzenie z regionem to Montepulciano d’Abruzzo. Wino, które przez lata bylo tlem dla chianti, teraz zaczyna nabierać rumieńców. Coraz więcej osób docenia jego miękkosć, intensywnosć, ciepłą kolorystykę rubinu z refleksami w fiolkach lub fioletach. Czuć w nim zapach wilgotnego lasu i czystej organicznej gleby. Jedziemy więc na spotkanie z najlepszymi. Zwiedzamy Illuminati, Valentini, Chiuse Grande a na koniec zostawiamy sobie kameralną kantynę Pasetti z Francavilly. Winnice dzierżawione pod ich winogrona polożone są doć wysoko bo między 400 a 550 m n.p.m. Mocne górskie wiatry nie dają im odpocząć a slońce na zmianę ze skokami temperatury dopieszczają je w smaku i aromacie. Kupujemy kilka butelek Montepulciano d’Abruzzo Tenuta di Testarossa (czyli czerwony kapturek) i Montepulciano d’Abruzzo Harimann i ruszamy w dalszą drogę. Niestety zmęczenie daje znać o sobie, gubimy drogę. Ja na mapie a auto na gps. Ale droga jest dalej więc jedziemy. Po kilkunastu kilometrach dojeżdżamy do malego miasteczka, może już wioski. Jestesmy okropnie glodni więc zatrzymujemy się przy pierwszej trattorii. Jedynej w okolicy. Charakterystyczna wloszka za kontuarem, autochtoni przy stolikach. Coż widać, że jestemy z innej bajki. Turysci... Sama się tego wstydzę. Sytuację rozbraja Panna O, żądając klusek. "Pasta i basta" - rozsmiesza wszystkich obecnych i powietrze robi się lżejsze. Wymiana usmiechów i już jestesmy bliżej jedzenia. Dowiadujemy się, że mają kuchnię lokalną, więc zamawiamy pasta di Aglio e Olio. W Abruzzo tradycja nakazuje podawać Aglio e Olio z fettuccine a dopiero na drugim miejscu jest spaghetti, jednak Panna O prosi spaghetti i ... nie ma mowy o jakichkolwiek negocjacjach. Za chwilę dochodzi do nas aksamitny zapach oliwy, mocny aromat czosnku. Na stole przed nami stają talerze z pasta. Ten rodzaj przygotowania makaronu obnaża wszystkie niedoskonalosci skladników, tu nie ma mowy o "zastępstwie" tylko najlepsze i najswieższe wygrywają. Wyciągamy z samochodu butelkę "czerwonego kapturka z montepulciano" i spędzamy uroczy wieczór z dala od turystycznych szlaków ale blisko prawdziwego życia.

"Midnight Pasta" czyli Aglio e Olio

1/2 opakowania spaghetti
1 / 4 szklanki oliwy z oliwek
6 ząbków czosnku
1 - 2 peperoncino oczywiscie świeże
1 / 4 szklanki posiekanej pietruszki
2 łyżeczki płatków czerwonej papryki chile

Wstawiamy wodę na spaghetti. Oliwę wlewamy do dużego rondla i stawiamy na srednim ogniu, dodajemy rozmiażdżony czosnek i pokrojone w talarki peperoncino. Gdy makaron jest gotowy odlewamy go i wrzucamy do niego oliwę z dodatkami posypując natką. Następnie przekladamy na talerze i posypujemy pieprzem i platkami chilli.

Nazywany "midnight pasta" bo to idelne danie do przygotowania o pólnocy dla niezapowiedzianych gosci. Jest to makaron który nawet najbardziej konserwatywny "Mama's Boy" czyli typowy włoch jest w stanie przygotować.

Dobry Boże, kocham włoskie jedzenie. To ono między innymi czyni mnie szczęśliwą.